2.1.1 «Gdy wybuchła wojna dnia 1 września 1939 roku, miałem dziewiętnaście lat. »

—Tadeusz Wojciechowski, uczeń. Wydarzenia prowadzą do Villard, 1998 r., s. 42-43.
Gdy wybuchła wojna dnia 1 września 1939 roku miałem dziewiętnaście lat, ukończoną szkołę zawodową im. Stanisława Konarskiego w Warszawie. Pracowałem wówczas w warsztatach naprawczych Samodzielnej Kolumny Samochodowej Generalnego Inspektoratu Sił Zbrojnych przy ul. Rakowieckiej 2 w Warszawie. Jako pracownik wojskowej instytucji mogłem na własne życzenie, wraz z innymi pracownikami, którzy podlegali mobilizacji, być umundurowany, uzbrojony, i przydzielony do trzeciego baonu pancernego. Zdążyłem jeszcze pojechać na odległy Służew, by pożegnać się z ojcem – matka już nie żyła – i z rodzeństwem, które zastałem, W pełnym rynsztunku opuściłem Warszawę wraz z kolegami z całym taborem na trzech ciągnionych traktorem przyczepach zapełnionych oponami, częściami, akcesoriami i niezbędnym oprzyrządowaniem.
Pierwszą noc spędziliśmy w koszarach twierdzy modlińskiej, z trwogą, w dużym napięciu. Samoloty niemieckie w locie nurkowym ostrzeliwały i zrzucały bomby raz po raz, siejąc zniszczenie i śmierć w obiektach, w których przebywaliśmy.
Kiedy jechaliśmy w kolumnie samochodowej przez Siedlce, samoloty niemieckie zaatakowały znienacka bombami pojazdy i seriami z karabinów maszynowych tych, którzy chronili się ucieczką. Ja w mundurze leżałem na trawie przerażony, obok mnie młoda kobieta cisnęła się ze strachu pode mnie nieświadomie.
W innym miejscu znów bombardowanie. Ja w ochronie przed odłamkami leżałem nieświadomie na białym piasku w zielonym mundurze. Kolega, leżący w pobliżu na trawie,, widząc grad spadających na mnie pocisków był przekonany, że zostałem zabity. Na szczęście pociski nie były celne.
W Kowlu rosły rozłożyste drzewa po obu stronach drogi. Gdy nadleciały niemieckie samoloty, kierowca traktora, by być niewidocznym, jechał z przyczepami pod koronami drzew. W pewnym momencie konar drzewa strącił kolegę z przyczepy pod koła następnej przyczepy. Rozległ się głuchy trzask, głowa kolegi została zmiażdżona.
« Na Wołyniu i Podolu teren jest pagórkowaty. Traktor nie był w stanie ciągnąć pod górę trzech przyczep. Byliśmy zmuszeni popychać przyczepy pod górę. Na górze wskakiwaliśmy w biegu na wysokie przyczepy. Jeden z kolegów zmęczony, senny, przegrzany, wskoczył nieostrożnie z rozpiętym płaszczem na przyczepę. Kolo przyczepy, wciągając rozpięty, szeroki płaszcz, przejechało go. Było to przed granicą rumuńską, a ponieważ w pobliżu były już wojska rosyjskie, trzeba było zostawić jęczącego kolegę w przydrożnym rowie, z kartką z wypisanym imieniem i nazwiskiem w kieszeni, i kierować się szybko do granicy.
Granicę polsko-rumuńską przekroczyliśmy w Kutach. W Rumunii zostaliśmy rozbrojeni i osadzeni w wojskowym obozie dla internowanych. Najpierw przebywaliśmy w Turnu Severin, a po kilku dniach w Vacaresti. Była tam długa szopa, w której spaliśmy pod kocami, jeden obok drugiego, na długich dwupiętrowych pryczach, zamocowanych do przeciwległych ścian. Szopa była tymczasowym pomieszczeniem do spania. W ciągu dnia pracowaliśmy przy budowie baraków dla internowanych za niewielką odpłatnością.
Gdy zaoszczędziłem odpowiednią kwotę, przefarbowaliśmy wraz z kolegą wojskowe mundury i w drugiej połowie listopada 1939 r. uciekliśmy nocą do odległego o około 12 km miasta. W mieście tym kupiliśmy sobie cywilne płaszcze, bo wojskowi byli ścigani. Po różnych perypetiach i długiej jeździe pociągiem dotarliśmy do Polskiej Ambasady w Bukareszcie. Tam każdy młody Polak, który wyraził ochotę ponownego wstąpienia do wojska, otrzymywał cywilny strój, ciepłą kurtkę i pieniężny zasiłek. Po kilku dniach pobytu nasz transport, składający się z kilkuset Polaków, już półoficjalnie opuścił Bukareszt.
Najpierw barka po Dunaju, potem pociągiem przez Jugosławię dostaliśmy się do portowego miasta Split. Stąd greckim statkiem do Marsylii, a następnie pociągiem przez Francję, w pierwszej połowie grudnia 1939 r. dostaliśmy się do polskiego obozu wojskowego w Coëtquidan na terenie Bretanii.

