4.1.1 « Życie prywatne zalążek znajdywało w pokojach mieszkalnych. »

—Adam Skinder, uczeń. Mój Villard de Lans, 1978, s. 7-8.
Takiej aglomeracji regionalnej, środowiskowej, intelektualnej, religijnej, w różnicy lat, jaką reprezentowaliśmy my, tzn. młodzież villardowska w tak skondensowanej formie i czasie, nie było chyba nigdy wśród żadnego naszego środowiska polonijnego – nawet w kraju.
Tworzyliśmy jednak zwarty kolektyw – społeczność!
Tak tworzyliśmy jedną wielką rodzinę. Ale jak to w wielkiej rodzinie różnie czasem bywało. Życie prywatne zalążek znajdywało w pokojach mieszkalnych. Zazwyczaj grupowano nas wg próśb, zawiązanych uprzednio przyjaźni. Mój pokój był moim locum prawie jeden i pół roku.
Zmieniali się pozostali lokatorzy, ja jeden zadziwiająco trwałem na swym miejscu…
Był miły, sympatyczny Leon B., pochodzący z dobrej rodziny. Mimo tego, że urodził się we Francji i uczęszczał do szkół francuskich, mówił po polsku bardzo poprawnie, wtrącając jednak od czasu do czasu słowa francuskie. A zwłaszcza, gdy był podniecony. Wchłaniał wszystko co dotyczyło Polski, słuchał z zapartym oddechem naszych opowiadań o ojczyźnie i walkach. Każdą paczką otrzymaną z domu dzielił się ze mną. Po wojnie jako działacz PKWN pracował w konsulacie polskim w Lyonie.
Niezapomnianym był Jasio P., podolski wierszokleta. Rwał się do nauki, do której dostępu uprzednio nie miał. Pochodził z biednej rodziny wiejskiej, a tutaj znalazł się zagnany przypadkowo zawieruchą wojenną. Wchłaniał wszystko co spotkał, odczuwał stały głód wiedzy, ale nie potrafił tego usystematyzować, utrwalić, a zarażony bakcylem poetyczności stał się wierszokletą. I nic go nie potrafiło z tej drogi zawrócić. Ani nasza perswazja, ani wywody profesora Wacka, ani satyra.
Jasio W., dużo starszy od nas. Był pracownikiem konsulatu w Lille, skąd znał profesorów Harwasa i Godlewskiego. Był chodzącym pedantem, bardzo bogato zaopatrzonym w deficytowe dla nas artykuły. Był porządnym sublokatorem, którego każdy mi zazdrościł, między innymi ze względu na stałe zapasy tytoniu i to fajkowego. Z osobistego zaopatrzenia do dziś pozostał mi w pamięci jego neseser, nigdzie przedtem nieoglądany.
Lubił gawędzić, zachowując jednak dyskretny dystans.
Sąsiadem moim przez ścianę był Artur J. zwany przez nas Turkiem. Kadet korpusu w Rawiczu, był inwalidą wojennym i mimo stałego zagrożenia zdrowia (odłamek pocisku w okolicy serca niemożliwy do zoperowania) tryskał humorem nasiąkniętym czasem sarkazmem.
Zapalony palacz i brydżysta. Kumpel, na którym można było zawsze polegać .
Razem dzieliliśmy smutki i radości, pomagaliśmy sobie wzajemnie. Mało, powstała nawet „Spółdzielnia Pomocy Koleżeńskiej », w której każdy posiadający trudności w nauce za „skromną » opłatą kilku papierosów uzyskiwał wypracowania czy też tłumaczenie. Plajta jej była nieunikniona, gdyż wiedzę należy zdobywać własnym wysiłkiem. Zawiązał się też na krótko « Totalizator Wszechstronności », ale nie znalazł zrozumienia swego sensu.
No, naturalnie nie brakło też powstawania różnego rodzaju kółek zainteresowań grupujących po kilku kolegów, gdzie przeprowadzano zażarte dyskusje kończące się nierzadko kilkudniowymi dąsaniami, po których wkrótce dochodziło znów do zgody. Jakież to normalne !
W gronie humanistów rej wodził „arbiter elegantiorum » – Romek Długosz. Niekończące się dyskusje prowadzone zazwyczaj w pogodę nie nadającą się do spacerów kończyły się pokerem, w którym Romek też przewodził. Romek sam też komponował. To on przyszedł do mnie pierwszy z gitarą i skrzypcami, słuchając jak grałem w swoim pokoju na skrzypcach. Nauczyłem go grać na gitarze i odtąd razem, a później i z Romkiem Gajewskim – akordeonistą – tworzyliśmy trio. Graliśmy naturalnie „różności » z pamięci. Nut nie było. Było i coś z muzyki poważnej i lekkiej, więcej z jazzowej i nawet improwizacje… Niezapomniane chwile.
W mniejszym gronie, w pokojach nuciliśmy czasem piosenki wojskowe. Ale nie z tych rezygnacyjnych, lecz raczej piosenki o treści weselszej – miłosnej. W tym rej wodził Władek K. – dziecko Warszawy, gawrosz, gazeciarz, o czym często wspominał jeszcze, gdy go poznałem.
Czas wypełniony nauką przesiąknięty był jednak tęsknotą za wszystkim, co nam było drogie, a im bardziej się o tym myślało, tym stawało się droższe. Tęsknotę tę koiła piękność villardowskiego pejzażu. Do szczęśliwców należeli ci, którym dane było otrzymać jakąkolwiek wiadomość z dalekiego domu.
Szukaliśmy różnych dróg, przez PCK, przez różne stowarzyszenia charytatywne.
Dowiadywano się od każdego przybyłego – nowicjusza.
Nad wszystkim jednak górowała atmosfera nauki, zdobywania wiedzy.

