5.3.1 « Villard było wtedy na wpół wymarłym miasteczkiem. »

—Bronisław Bozowski, kapelan. Kapłan na wieki, 2015 r., s. 4, 7.
Kiedy, pod koniec września 1940 r., Wacław Godlewski objeżdżał alpejskie stacje klimatyczno-sportowe szukając, gdzie można by było ulokować polską szkołę – blisko ćwierć tysiąca osób, nauczycieli personelu i uczniów – wracających z pola bitew lub uciekinierów z obozów jenieckich, wtedy Villard-de-Lans było na wpół wymarłym miasteczkiem: wielu mężczyzn w wieku poborowym dostało się do niewoli, opustoszały gospodarstwa, a przede wszystkim stały pustkami liczne hotele i pensjonaty… Nieliczni tubylcy, przeważnie starsi ludzie, byli przygnębieni rozmiarami tak nagłej, niespodziewanej klęski, biedą, do której nie przywykli, i często rozłąką z ojcami, braćmi czy synami więzionymi w niemieckich obozach jenieckich.
I tu nagle zjechało z całej Francji 200 młodych, zdrowych, dziarskich,pełnych wigoru i fantazji « Polonezów’; a z nimi grupa dystyngowanych pań i panów w średnim wieku, ale również pełnych zapału do tworzenia jedynej wolnej szkoły polskiej na kontynencie europejskim. Nikt z nich ani na chwilę nie wątpił w ostateczną klęskę Hitlera i w odrodzenie się Polski. Tej swojej pewności dawali głośno wyraz słowem i całą działalnością i postawą.
To od razu dodało ducha przygnębionym Francuzom. Dodawał również odwagi widok polskich wiarusów maszerujących co dzień ze śpiewem czwórkami do pracy na wydzierżawionej fermie. A co niedziela maszerujących do kościoła na mszę, wkrótce już nazywanej « polską mszą »…
Chyba nigdy w Villardzie nie było tyle prawdziwej, mocnej, zdrowej żywotności i radości, gdy ją w latach 1940-1942 tu przynieśli młodzi Polacy. Wszędzie ich było widać i słychać : do południa w « kafejkach » i salach restauracyjnych różnych pensjonatów – nie gorszcie się ani nie dziwcie – w nich były po prostu rozrzucone po całym Villardzie klasy naszej szkoły równoległe, humanistyczne i matematyczne, a dopiero po południu można ich było spotkać w czynnych jeszcze kafejkach popijających wino i piwo « panaché » (z białym
pióropuszem piany), częściej jednak bywali na boiskach rozgrywając mecze z Francuzami. Jeszcze innych można było spotkać wędrujących grupami, czasem
w pojedynkę lub… parami na podgórskie i górskie wycieczki, wieczorem zaś w parafialnym kinie wyświetlającym dość dobre filmy lub we francuskich zaprzyjaźnionych domach – albo pod oknami polskiego żeńskiego internatu. Oczywiście pewna część stale, niektórzy w okresie kolokwiów także się uczyli-w Internacie lub przygotowywali akademie, przedstawienia i koncerty, ale i wtedy przez otwarte okna wypływały na Villard fale polskiej mowy i śpiewu, czyniąc to spokojne dotąd miasteczko jakimś tętniącym życiem ośrodkiem polskiej młodzieży i młodości – czasem szalonej – np. konkursy pływania w ubraniach w basenie fontanny na rynku lub płatających kawały spokojnym mieszkańcom (np. pozmienianie im w nocy szyldów na sklepach, a w dzień oślepianie ich lustrami ustawionymi na dachu szkoły. I co najdziwniejsze, że francuscy Villardczycy znosili na ogół spokojnie i z humorem te wyczyny i wyskoki polskich Villardczyków i sami się może trochę bardziej rozruszali, nabierali polskich obyczajów i nie martwili się, a raczej byli dumni, że Villard żyje i żył coraz bardziej polskim rytmem.



